Historia Jima Morrisona i… filozofia?

Czasami myślę, że więcej w tym blogu pamiętnika, niż twardych tez. Tak, czy siak, nieważne, zawiera cząstkę mnie. Dziś zdarzyło się coś dziwnego. Zupełnie przypadkowo trafiłam do jednej z miejskich bibliotek. Zakręciłam się koło półki z nowościami i wpadła w moje oko książka „Nikt nie wyjdzie stąd żywy. Historia Jima M.” Ze zdziwieniem ją podniosłam. Nie wiedziałam nawet, że ludzie piszą takie książki. Książki o muzykach, poetach…  Fakt, Jim był postacią ekstrawagancką…

Otworzyłam, przeczytałam pierwsze zdanie i… spędziłam kolejne dwie godziny czytając. Do tej pory nie potrafię określić właściwymi słowami co w tej książce jest. Ona jest po prostu… genialna! A może ja tak tylko ją odbieram, nie wiem i wiedzieć nie chce, nie potrzebne mi to.  Czytałam, ludzie przechodzili, pytali, czy chcę ją wypożyczyć, czy może usiądę. W końcu zdecydowałam się usiąść i dalej czytałam, zapominając przy tym o całym, dosłownie całym świecie. Nie podnosiłam wzroku na ludzi przechodzących obok mnie, ot tak, na środku biblioteki czytałam książkę. Coś w tym dziwnego? Inni chyba uważali, że tak, bo kiedy już skończyłam, osoby wokół mnie stały w osłupieniu. Skończyłam, odłożyłam i wyszłam.

Nie mogłam wypożyczyć tej książki. Czułam, że nie mogę. Ja ją musiałam… kupić! Tak, kupić, bo to książka do której się wraca, trzeba wracać, a nie wypożyczyć i przeczytać. Te teksty są takie.. ach… można się nimi delektować do upadłego! Przynajmniej ja mogłam. blog_im_3611844_7860315_tr_jim_morrison_jimmorrisonCzytałam z zapartym tchem, kartka po kartce, nie mogąc się doczekać przewrócenia kolejnej strony. W końcu, w jakiejś połowie przerwałam, wywróciłam na okładkę i powiedziałam na głos „ten facet ma coś w oczach”. Ludzie się spojrzeli…  Czytałam, momentami łzy płynęły mi po twarzy, a oczy stawały się chyba czerwone. Ogarniając wzrokiem kolejne słowa widziałam to, co przeżyłam będąc młodszą. Nie, ja to znów przeżywałam! Metafizyczną stronę mojej przeszłości. Teraz widzę, że w próbie „ucieczki” od wspomnień stałam się zbyt pragmatyczna… Można to sprowadzać tylko do tandetnych, ludzkich zaczątków uczuć, ale to, co ja wtedy przeżywałam… może jestem naiwna, ale wydaje mi się, że to było coś więcej niż tylko wymiar „tu i teraz”…  Niektóre fragmenty książki zdawały mi się tak znane, jakbym czytała o sobie samej, o moich emocjach i doświadczeniach. To było coś takiego, jakby ten człowiek pokazał mi, co tak naprawdę i w jaki sposób odczuwam.  Niesamowite przeżycie. Dotarcie do siebie samego, tam, gdzie jest najciemniej, tam, gdzie już nie ma promyka światła…  łzy same cisną się teraz do oczu.

Czytając zaczęłam odkrywać, że moja, a w zasadzie wciąż chyba jednak nasza młodzieńcza fascynacja takową muzyką, stylem, dochodzeniem do prawdy i wartości, i moja – końmi, istnieje naprawdę, bo ktoś miał podobnie. Ta wręcz dziecięca fascynacja i, nie do końca jeszcze przeze mnie zrozumiane zainteresowanie takim można by rzec typem osobowości, zaczęło się przeradzać z dniem dzisiejszym w filozofię… może bluesa? Może muzyki wykorzystywanej do uniesienia razem z publicznością? Myślę, że nie nadużywam tego słowa. Wydaje mi się to być już nie zainteresowanie, a filozofia, pewien sposób patrzenia i odczuwania. Czuję, że coś, czego nigdy do końca nie zrozumiałam zaczyna się kształtować…

Prawdę mówiąc od ponad kilku lat staram się jakoś określić swój byt, swoją egzystencję, swoją rolę w tym świecie. I sama nie wiedziałam, kim ja jestem do tej pory. człowiek pełni wiele ról… Ale kim jestem dla siebie? Kim jestem będąc w ogóle na tym świecie? I wystarczyło parę słów z tej książki, by zacząć dowiadywać się, co ja tu robię… Znalazłam choć część odpowiedzi na ciągle brzmiące w moich uszach pytanie „dlaczego?”.  Trudno nawet to dobrze nazwać. Może rzeczywiście, będąc w takim miejscu można stworzyć własną rzeczywistość? Może o to właśnie chodzi… To wszystko jest zbyt metaforyczne, aby tłumaczyć. Sądzę, że odpowiedź jest prosta. Albo czujesz, albo nie. Podobnie jak z religią…

Moja rodzina nigdy chyba w pełnie nie zaakceptowała tego, że interesuję się okolicami bluesa, rocka, a może nawet bardziej czuciem muzyki i tekstami do niej pisanymi. Pewnym rodzajem czucia i patrzenia na świat. Dla mamy zawsze było to śmieszne i do dziś traktuje to chyba jako wybryk. Tonem głosu dając mi do zrozumienia, abym zajęła się ważniejszymi tematami, bardziej może naukowymi, bo sama je lubi… Przed babcią długi czas ukrywałam to, aż wreszcie przestałam, jakoś nie za bardzo dając jej możliwość protestu. Po prostu, oznajmiłam i już. Ale przyjęła i przynajmniej się nie śmieje, nie mówi, że głupstwo…

Książkę już mam u siebie w domu i to na własność, dlatego o przemyśleniach związanych z samą treścią napiszę po przeczytaniu, więc myślę, ze już wkrótce.