Ostatni wieczór z choinką i o pisaninie słów kilka…

Dziś mija ostatni wieczór spędzony przy choince. Będę musiała ją schować na cały, długi rok. Plączą mi się po głowie różne myśli, które postanowiłam tutaj napisać. Czuję się jakoś dziwnie spokojniejsza. Mama nadzieję, że choć na chwilę mój stan się poprawił i staram się tym cieszyć. Zastanawiam się teraz nad całym moim życiem… Nad obrazami, które tak pisanie-1często pojawiają się w mojej głowie. Czuję się spokojna, tak dziwnie spokojna… Tak jak wtedy, kiedy zakładałam tego bloga ot, tak, z czystego przypadku. Nie wszystko tutaj jest tak, jakbym tego chciała, ale jest to swoisty obraz człowieka, a nikt z nas nie jest idealny… O dziwo, nie wkurzają mnie już chwile, które mam codziennie przed oczami, chwile przeszłości, zarówno te piękne, jak i te okrutne. Nastał jakiś moment wyciszenia, wyczekiwany od miesiąca. Lubię nawet ten stan. Zabrałam się do pracy, pierwszy raz od miesiąca potrafię pracować dłużej niż godzinę. Umówiłam parę spotkań, pozałatwiałam parę rzeczy… cieszy mnie to, choć w funkcjonowanie wkładam jeszcze dużo wysiłku. W sumie, kogo to obchodzi? Kolejny raz zastanawiam się, jak zdefiniować swoje życie, które chyba na prawdę jest po części bluesową opowieścią. Hm… myślę, że wszystko zależy od odbioru. Mam pewien pomysł na dłuższy tekst, parę pomysłów na poetyckie próbki… Tylko, cholera, po co? Przecież ludzie napisali już tyle wartościowych dzieł. Wydaje mi się, że nie ma szansy się „przebić”, by pisać dla grona choćby parunastu odbiorców. A pisać dla siebie, dla swojego, małego świata? I tu rodzi się pytanie czy ten mój, mały, własny świat ma jakąś wartość?

Blog zaczęłam pisać nie zastanawiając się, co będzie później. Po prostu, usiadłam i zaczęłam pisać, bo pomyślałam sobie, że kawałek sieci mi się przyda, oczywiście tej wirtualnej, na własne, luźne zapiski, jak robię to w tej chwili. Tak wyszło, że piszę go do tej pory, bo zrozumiałam, że chcę pisać dalej, chce się wyrażać, choćby w banalny dla innych sposób. Wiadomo, nie stać mnie na stronę internetową, na wydanie powieści… Ale myślę, że blog jest dobrym narzędziem do przekazywania informacji, napisania paru wartościowych tekstów, paru beznadziejnych… jak to w życiu. Pewnie nie przebiję się nigdy na czołówkę blogosfery, ale po co mi to? Chciałam mieć swój mały notes, no to mam. Z pisaniem innych tekstów niż luźne przemyślenia jest już inaczej, bo zaczynam od siebie wymagać. Chciałabym, żeby ktoś to przeczytał, może docenił, może… może zobaczył, co chciałam tam zawrzeć. Choć muszę przyznać, że dziś czuję się na tyle spokojna, że nie wywieram sama na sobie presji.  Doceniam to, co mam, jakoś dziwnie mnie to cieszy…  Może nawet coś naskrobię… Dobrej nocy wszystkim!

Skazana na bluesa…

O tych trzech słowach napisano trzydzieści tysięcy słów. Zarówno utwór jak i film wyreżyserowany przez Jana Kidawę- Błońskiego są obrazem życia i twórczości śląskiej ikony muzyki bluesowo-rockowej, Ryszarda Riedla, ale co właściwie z tym wszystkim wspólnego mam ja? Normalna z pozoru dziewczyna. A no właśnie, że mam, choć nie wiem dlaczego. Może kiedyś w życiu się tego dowiem…

Wychowuję się w małym miasteczku na Śląsku, a do Chorzowa, skąd pochodził Rysiek mam rzut beretem. Wypadałoby więc pamiętać o artyście, który chodził po tej naszej ziemi, ale nie tylko to jest powodem  mojego zainteresowania postacią Ryszarda Riedla. Z muzyką Dżemu i twórczością Ryśka spotkałam się dopiero w czasach gimnazjum. Wcześniej słuchało się jakiś pojedynczych piosenek, ale one były trochę takie „wyrwane z kontekstu”. Jego piosenek bowiem trzeba przesłuchać kilka, a najlepiej wszystkie, wtedy 20_sP_bigwie się, o co chodzi. Można by powiedzieć, że dopiero wtedy tworzą taką jednolitą całość, nakreślając jednocześnie tego człowieka. Wszystko zaczęło się od obejrzenia filmu w szkole. Nie wiem, czy sama sięgnęłabym po ten film. Pewnie gdzieś w migawce, na reklamach znalazłabym go, bo puszczają co jakiś czas w TV, ale tak sama z siebie? Po obejrzeniu byłam trochę zdruzgotana, przeżywałam bowiem już wcześniej nałóg w mojej rodzinie, więc wszystko, co znalazło się w tym filmie kojarzyło mi się ze złem i cierpieniem. Ale stopniowo, i nie od razu, a po jakimś czasie, zaczęłam dostrzegać wyraźne analogie pomiędzy moim życiem, a tym właśnie filmem. I choć wiem, że to tylko luźna interpretacja życia idola ówczesnego pokolenia i pokoleń późniejszych poniekąd też, to jednak jakieś wątki biograficzne tam się znajdują, a choćby na przykład to, że był zafascynowany kulturą Indian czy Dzikiego Zachodu. Dziwnym zbiegiem okoliczności, historia lubi zataczać koła. I choć nie porównuję się absolutnie do Riedla, jego talentu wokalnego czy posiadania zespołu to jednak wychowuje się przecież praktycznie na tej samej ziemi, próbuję pisać swoje teksty, wiersze, które także najczęściej zahaczają o ból, cierpienie, nałóg, samotność oraz, co było w tamtym okresie mojego życia najlepsze, miałam przyjaciela, też długowłosego i wyglądającego teraz właściwie jak typowy hipis, a moje życie, w sumie przez niego kręciło się koło jego zespołu… Po rozpatrzeniu tych wszystkich aspektów przebiegła przez moją głowę myśl, „Kurde, to jest dziwne!” No i tutaj właśnie zaczęło się poszukiwanie. Poszukiwanie utworów, wsłuchiwanie się w teksty piosenek Ryśka. Szukanie elementów z jego biografii i ludzi z jego otoczenia. Nie wiem skąd dokładnie we mnie zrodziło się tak duże zainteresowanie tamtymi czasami, tym klimatem i życiem estradowym, a także prywatnym Dżemu i tym wszystkim co z nimi związane. Okazało się, że nie tylko podobają mi się teksty tych piosenek… Tak samo jak ja Riedel kochał prerię i to wszystko, co ją otaczało i z takim samym zapałem pragnął poczuć się wolnym.

Moje zamiłowanie do koni i Dzikiego Zachodu trwało już od najmłodszych lat. Iw trakcie mojego jakże krótkiego jeszcze życia udało mi się zrealizować marzenie o własnym koniu, choć także było ono okupione dużym wysiłkiem, trudnymi emocjami, stresem, ale udało się! Zupełnie nie potrafię wyjaśnić skąd we mnie te same fascynacje, to samo poczucie wolności, ten ukochany kontakt z przyrodą, a co za tym idzie wolnością. A piosenki Ryśka pomagały w najtrudniejszych chwilach, wtedy, kiedy zostawałam ze wszystkim sama, w ogromnej przepaści, a w głowie szumiało tysiące niepoukładanych myśli. Choć może to zabrzmi kolokwialnie, bo jestem wciąż młodą osobą, ale to była muzyka mojej młodości. To na niej budowałam swój światopogląd, dostrzegałam swoją wrażliwość i chyba wciąż buduję własne ja. W tym klimacie czuje się bardzo dobrze. W jego tekstach widzę moje wewnętrzne rozterki, problemy, sposób patrzenia na świat, pragnienia, ale także to samo wyobcowanie i autsajdera. Sama nie rozumiem dlaczego tak się dzieje, jestem człowiekiem dość wrażliwym i emocjonalnym, może dlatego dostrzegam podobne problemy wśród ludzi, a także w swoim własnym wnętrzu. Kiedyś usłyszałam stwierdzenie, że większość artystów było, jest i będzie autsajderami. Ciężko się z tym nie zgodzić, są to ludzie wrażliwsi. I chociaż ja się za jakąkolwiek artystkę nie uważam, jednak jakieś próbki literackie powstają, a to z kolei świadczy, że wrażliwość noszę w sobie codziennie. Być może z tego właśnie wynika moja odmienność. Mam nadzieję, że taka prawda o mnie Was nie odstraszy, moi drodzy, że będziecie czasem tu wpadać, za to nie przejmujcie się, gdy mnie nie będzie, po prostu czasem jestem skazaną na bluesa, znikam na dłużej, ale potem zazwyczaj wracam.