Riders on the storm, czyli „Jim Morrison widział we śnie indiańskie konie…”

Życie bywa bardzo dziwaczne. Nie przypuszczałabym, że na całkowicie przypadkowo założonym blogu, który powstał tylko i wyłącznie z nagłej potrzeby zapisania swoich paru refleksji na temat życia i mojej osoby wywrze się taka wartościowa dyskusja, a blog odliczy ponad sto odsłon w dwa dni, biorąc pod uwagę to, iż mamy okres przygotowań przedświątecznych i większość z nas zajmuje się sprzątaniem czy gotowaniem…Wow! Cieszę się niezmiernie i dziękuję za tak miłe powitanie Bluesowej!

A przechodząc już do właściwego tematu to od rana obija mi się po głowie „Riders on the storm”, jakże wszystkim znanego The Doors i Jim’iego. Piękna muzyka, choć od dawna nie słuchałam The Doors. „Riders on the storm” wydał mi się smutnym kawałkiem,  a na melancholijną muzykę poza Dżemem muszę mieć nastrój. I nastrój nadszedł jakieś dwa deszczwieczory temu, kiedy po upieczeniu świątecznych, kruchych ciasteczek ( jest to jedyna potrawa, jaką zrobić w kuchni umiem prócz kawy, herbaty itd.- dlatego bloga kulinarnego to ja nie założę, gdyż nie cierpię gotować) chciałam sobie odpocząć przy blasku lampek z małej choinki, przytarganej wcześniej do mojego pokoju, w którym zmieści się dosłownie wszystko, choć miejsca nie ma za wiele. Począwszy od gitary i trzech dużych szafek, po akwarium, które niestety pękło i choinkę. Takim relaksacyjnym akcentem zaczęłam wsłuchiwać się w kolejne słowa znanej piosenki, jej melancholijny, a zarazem magiczny nastrój, bo utwór ten ma coś z magii w sobie. Zaczęły przypominać mi się chwile spędzone na dworze, w deszczu, latem, moje rozmyślania i chmury, choć ciężkie i szare, to jednak z gracją przemykające mi nad głową, które lubię obserwować. Poczułam wtedy, że kocham te chwile, gdy wszyscy chowają się w domach i zostaję sama, stojąc w padającym deszczu, czując jak krople spadają na ubranie, twarz, ręce… Świat nie jest wówczas piękny, ale wydaje się być mroczny i tajemniczy. Mogę wtedy się zamyślić i poczuć, że jestem częścią tego świata. Z racji tego, że wychowałam się na małym „ranchu”, jeżeli można to miejsce w ogóle tak nazwać, potrzebuję kontaktu z przyrodą i naturą. Co prawda nie ma tu pola, gospodarki, zwierząt hodowlanych lub szklarni, ale miejsce to ma duszę. Jest las i pola, które od zawsze dawały mi namiastkę amerykańskich stepów i wolności. Piękne miejsce…a ja kocham je, nawet, gdy staje się mroczne w obliczu potężnego deszczu. Szkoda jednak, że tylko ja dostrzegam piękno i magię tego miejsca z wszystkich, żyjących tu ludzi, a piosenka „Riders on the storm” przypomniała mi chwile, kiedy mogłam doświadczyć wolności i zagłębić się w swoich myślach.

The Doors poznałam  w tym samym czasie co pierwsze utwory Dżemu- „Naiwne pytania” i „List do M”. Była to płyta przytargana jeszcze przez Tatę, jakaś składanka RMF-ki, lata 80. Byłam wtedy dzieckiem, miałam jakieś jedenaście lat. To właśnie dzięki Tacie poznałam pierwsze utwory Ryśka, choć na dobrą sprawę nie wiedziałam o czym ten facet śpiewa. Naiwne pytanie jeszcze mi się podobały, ale za cholerę nie mogłam zrozumieć dlaczego ten facet śpiewa, że nie ma Boga… Dla mnie jeszcze wtedy był, istniał  i był to dobry Bóg, jako, iż jestem wychowana w wierze katolickiej a i samą mnie religia ciekawi. Nie mogłam pojąć jak tak można. Kiedy Tata pozwolił mi się zetknąć z tymi piosenkami byłam jeszcze dzieckiem i choć zawsze odznaczałam się rozumnością, to jednak utwory Riedla raczej nie były pisane z myślą o tym, iż będą słuchać ich dzieci, to też nie rozumiałam. Nikt wtedy nie przypuszczał, że Taty za rok już nie będzie, a ja tak bardzo zachłysnę się tą muzyką… Nigdy bym nie przypuszczała w tamtym czasie, że parę lat później będę stała pod sceną, ze łzami w oczach, słuchając coveru jednej z piosenek Dżemu… Tak właśnie zaczęła się moja „przygoda” i spotkanie z wykonawcami takimi jak Dżem, The Doors, Queen, który z resztą był ulubionym zespołem mojego Taty. Od pary płyt przyniesionych ot tak, do posłuchania. Co prawda płyt już nie mam, zgubiły się gdzieś, czy zepsuły, pozostając u mojej mamy. Mam za to utwory takie jak „Whiskey” czy „List do M” oraz „Riders on the storm” w wersji z tamtych płyt. Jestem wdzięczna mojemu Tacie, iż zdążył mi pokazać pewną ścieżkę, choć nikt nie przypuszczałby, że mój Tata słucha takich utworów. Jako facet przystojny, zawsze wyszykowany, w garniturze i z teczką w ręku oraz ciemnymi okularami… Sama pewnie trafiłabym na te piosenki wcześniej czy później, bo krążą one po dziś dzień, jednak lepiej mi jakoś z myślą, że „dostałam je” właśnie od Taty.

Nie tylko jednak z tego powodu wróciłam do „Riders on the storm”. Po tym, co spotkałam na swej drodze, ile emocji było we mnie, ile dylematów, ile łez przepłynęło ścieżką moich policzków… Na tej trudnej drodze sama poczułam się jak jeździec pośród burzy. I właśnieriders_on_the_storm_by_sttep (2) minionego wieczoru, kiedy chciałam po prostu zwyczajnie odpocząć zrozumiałam, jak bardzo pasuje do mnie określenie rider on the storm. Tak, jestem jeźdźcem pośród burzy. Dosłownie i w przenośni. Dosłownie, gdyż posiadam swojego konia i jeżdżę, nierzadko w stylu western.( Takim, jaki  możecie zobaczyć na starych, dobrych westernach), a i w burzy zdarzało mi się jeździć… Metaforycznie zaś, gdyż obecnie czuję się jak samotny jeździec, posiadający tylko swojego konia, który jest dla niego jednocześnie środkiem transportu i przyjacielem, w wielkiej burzy. Burzy emocji, zmagań, wyborów, sytuacji, cierpienia i poszukiwania siebie.  Stąd właśnie „Riders on the storm” wywołuje u mnie tyle wspomnień i wydaje się bliska sercu. Smuci mnie natomiast fakt, iż szukając informacji o samym Jimie Morrisonie, który wydaje mi się, iż był poniekąd mentorem Ryśka Riedla w poszukiwaniu siebie, dotarłam do zdjęcia, na którym widnieje grób Jim’iego. Nie ma tam żadnych kwiatów, nie pali się żaden znicz… Wydaje się, iż ludzie zapomnieli o „jeźdźcu z burzy”, którym był sam Morrison. Z resztą wszyscy Ci, których pochłonęła muzyka i cierpienie byli w jakiś sposób inni… Nawet ciężko określić w jaki…

8 myśli w temacie “Riders on the storm, czyli „Jim Morrison widział we śnie indiańskie konie…”

  1. Jima Morrisona i The Doors znam tylko z książki ”The Doors. Antologia Tekstów i Przekładów”. Morrison jawi się w niej jako człowiek przytłoczony własną wrażliwością, obcujący za jej sprawą z niedostępnym większości ludziom mrokiem egzystencjalnym (Francis Fitzgerald powiedział, że ”Kiedy w Twojej duszy panuje czarna noc, zawsze jest trzecia nad ranem” – czy może być genialniejsze ujęcie tej prawdy życiowej? Morrison chyba żył niemal nieustannie w stanie takiej nocy duszy).

    Polubienie

    1. I myślę, że więcej ludzi ma w sobie taką mroczną stronę duszy za sprawą swojej wrażliwości, tylko nie o wszystkich słyszy świat… Książka ma ciekawy tytuł, jak ją nabyłeś i gdzie ją można spotkać? 🙂

      Polubienie

  2. Witam
    Jestem tu u Ciebie zupełnie przez przypadek ale przez chwilę zaczęłam sie zastanawiać nad tym czy znałam Twojego poprzedniego bloga , bo z tego co wyczytałam pamiętam że wspominasz o tym iż pisałaś już bloga , uporządkowanego , przemyślanego……Zapewne nie będziesz chciała podać nazwy swojego poprzedniego bloga ale mam nieodparte wrażenie, że Ciebie znam oczywiści jako blogerkę 🙂 z innego bloga 🙂 To oczywiście bez znaczenia , tylko zwykła ludzka ciekawość. Też bardzo lubię bluesa i sporo słucham Dżemu choć dla samego Ryśka nie jestem już taka szlachetna , bo to jednak był narkoman i alkoholik a do tego nie za bardzo chciał sie leczyć. Oczywiści dziś jego nałogi przypisuje się wielkiej wrażliwości a film skazany na bluesa jeszcze bardziej tworzy „mityczny” obraz jego osoby ale nie ważne , bo to co udało mu się stworzyć nim zniszczył samego siebie było zajebiste ….. Myślę , że będę Cię odwiedzać 🙂 tak więc życzę Szczęśliwego Nowego Roku i Serdecznie pozdrawiam

    Polubienie

    1. Aniu, owszem, blog pisałam, a może lepiej ujęte zabrzmiałoby- próbowałam pisać. Choć muszę przyznać, że przywiązałam się do niego, jednak czułam, iż miejsce to nie spełniało do końca swej roli. Miałam wtedy zamysł i plan działania. Potem musiałam zniknąć na jakiś czas z blogsfery, nie dlatego, że całkowicie chciałam zarzucić pisanie, a ze względu, na własny święty spokój i własne dobro. Przyszedł więc czas, w którym zastanawiałam się, czy znów nie zacząć pisać, pod inną nazwą i nickiem czy też zarzucić postać blogerki… Lecz wtedy poczułam chęć zapisania paru słów refleksji. I tak właśnie powstał ten blog, który jest nieuporządkowany i nieprzemyślany, a jednak chyba przyciągający czytelników, gdyż po moim chwilowym „zniknięciu” nadal ktoś tutaj zagląda i blog nie opustoszał. Co do Ryśka- był to narkoman i nie stronił od alkoholu, ale tak, jak napisałaś, zrobił kawał dobrej roboty, nie nam oceniać, jakim był człowiekiem. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do czytania 🙂

      Polubienie

Odpowiedz na ~Morfeusz Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s