Ten magiczny czas…

Prawie tydzień nie było mnie w blogosferze, cóż, musicie mi wybaczyć, gdyż był to dla mnie trudny tydzień. Wszędzie pełno wyzwań, święta, które już same w sobie są wyzwaniem i sprostowywanie pogmatwanych relacji rodzinnych. Nawet nie wiem, kiedy minęły święta… ebd0af5afdfea087b57849403b89f55cJedyne co czuję po tym szczególnym okresie to to, iż mały Jezus nie narodził się we mnie na nowo w tym roku… nie miałam na to zwyczajnie czasu. To bardzo smutne. Kładąc się o pierwszej w nocy po Wigilii powtarzałam tylko cicho „wybacz”. Kiedy byłam młodsza święta przeżywałam głębiej, nie z powodu prezentów i radości z pięknie ubranej choinki, ale właśnie z tytułu narodzenia Dzieciątka Bożego. Z czasem, kiedy stałam się już przydatna we wszelkiego rodzaju pracach przygotowawczych do świąt- nie mam czasu nawet zastanowić się, że są święta. Najpierw przygotowania, a później cała rodzina u nas, pogaduszki, śmiech, zabawy… A w tym roku doszła jeszcze skomplikowana sytuacja rodzinna i o chwili namysłu czy kontemplacji tego pięknego czasu w ciszy mogłam zapomnieć. Chciałabym choć raz przeżyć święta tak, jak przeżywałam to kiedyś, w swoim wnętrzu, bo święta, dla mnie, to właśnie taki magiczny czas. Nie czas choinki, śniegu i życzeń, ale czas odnowy ludzkich dusz, serc i myśli oraz rodziny… No właśnie, rodziny. Po tym wszystkim, co przeszłam w niedalekim czasie, postanowiłam sobie, że już nie będę na siłę nikomu pomagać, ratować i wyjaśniać czegoś, co nie jest moją sprawą… ale jakoś tak po prostu żal mi się zrobiło, kiedy patrzyłam na smutne twarze tych ludzi. Przecież na dobrą sprawę, to są teraz moi bliscy… Mam nadzieję, że Wam te święta minęły radośnie, w gronie tych, których kochacie i z którymi po prostu chcieliście spędzić te święta. A jeżeli tak nie było, jeśli byliście zagonieni, samotni lub przeżywaliście silne emocje to wiedzcie, że nie byliście sami… c.d.n…

Riders on the storm, czyli „Jim Morrison widział we śnie indiańskie konie…”

Życie bywa bardzo dziwaczne. Nie przypuszczałabym, że na całkowicie przypadkowo założonym blogu, który powstał tylko i wyłącznie z nagłej potrzeby zapisania swoich paru refleksji na temat życia i mojej osoby wywrze się taka wartościowa dyskusja, a blog odliczy ponad sto odsłon w dwa dni, biorąc pod uwagę to, iż mamy okres przygotowań przedświątecznych i większość z nas zajmuje się sprzątaniem czy gotowaniem…Wow! Cieszę się niezmiernie i dziękuję za tak miłe powitanie Bluesowej!

A przechodząc już do właściwego tematu to od rana obija mi się po głowie „Riders on the storm”, jakże wszystkim znanego The Doors i Jim’iego. Piękna muzyka, choć od dawna nie słuchałam The Doors. „Riders on the storm” wydał mi się smutnym kawałkiem,  a na melancholijną muzykę poza Dżemem muszę mieć nastrój. I nastrój nadszedł jakieś dwa deszczwieczory temu, kiedy po upieczeniu świątecznych, kruchych ciasteczek ( jest to jedyna potrawa, jaką zrobić w kuchni umiem prócz kawy, herbaty itd.- dlatego bloga kulinarnego to ja nie założę, gdyż nie cierpię gotować) chciałam sobie odpocząć przy blasku lampek z małej choinki, przytarganej wcześniej do mojego pokoju, w którym zmieści się dosłownie wszystko, choć miejsca nie ma za wiele. Począwszy od gitary i trzech dużych szafek, po akwarium, które niestety pękło i choinkę. Takim relaksacyjnym akcentem zaczęłam wsłuchiwać się w kolejne słowa znanej piosenki, jej melancholijny, a zarazem magiczny nastrój, bo utwór ten ma coś z magii w sobie. Zaczęły przypominać mi się chwile spędzone na dworze, w deszczu, latem, moje rozmyślania i chmury, choć ciężkie i szare, to jednak z gracją przemykające mi nad głową, które lubię obserwować. Poczułam wtedy, że kocham te chwile, gdy wszyscy chowają się w domach i zostaję sama, stojąc w padającym deszczu, czując jak krople spadają na ubranie, twarz, ręce… Świat nie jest wówczas piękny, ale wydaje się być mroczny i tajemniczy. Mogę wtedy się zamyślić i poczuć, że jestem częścią tego świata. Z racji tego, że wychowałam się na małym „ranchu”, jeżeli można to miejsce w ogóle tak nazwać, potrzebuję kontaktu z przyrodą i naturą. Co prawda nie ma tu pola, gospodarki, zwierząt hodowlanych lub szklarni, ale miejsce to ma duszę. Jest las i pola, które od zawsze dawały mi namiastkę amerykańskich stepów i wolności. Piękne miejsce…a ja kocham je, nawet, gdy staje się mroczne w obliczu potężnego deszczu. Szkoda jednak, że tylko ja dostrzegam piękno i magię tego miejsca z wszystkich, żyjących tu ludzi, a piosenka „Riders on the storm” przypomniała mi chwile, kiedy mogłam doświadczyć wolności i zagłębić się w swoich myślach.

The Doors poznałam  w tym samym czasie co pierwsze utwory Dżemu- „Naiwne pytania” i „List do M”. Była to płyta przytargana jeszcze przez Tatę, jakaś składanka RMF-ki, lata 80. Byłam wtedy dzieckiem, miałam jakieś jedenaście lat. To właśnie dzięki Tacie poznałam pierwsze utwory Ryśka, choć na dobrą sprawę nie wiedziałam o czym ten facet śpiewa. Naiwne pytanie jeszcze mi się podobały, ale za cholerę nie mogłam zrozumieć dlaczego ten facet śpiewa, że nie ma Boga… Dla mnie jeszcze wtedy był, istniał  i był to dobry Bóg, jako, iż jestem wychowana w wierze katolickiej a i samą mnie religia ciekawi. Nie mogłam pojąć jak tak można. Kiedy Tata pozwolił mi się zetknąć z tymi piosenkami byłam jeszcze dzieckiem i choć zawsze odznaczałam się rozumnością, to jednak utwory Riedla raczej nie były pisane z myślą o tym, iż będą słuchać ich dzieci, to też nie rozumiałam. Nikt wtedy nie przypuszczał, że Taty za rok już nie będzie, a ja tak bardzo zachłysnę się tą muzyką… Nigdy bym nie przypuszczała w tamtym czasie, że parę lat później będę stała pod sceną, ze łzami w oczach, słuchając coveru jednej z piosenek Dżemu… Tak właśnie zaczęła się moja „przygoda” i spotkanie z wykonawcami takimi jak Dżem, The Doors, Queen, który z resztą był ulubionym zespołem mojego Taty. Od pary płyt przyniesionych ot tak, do posłuchania. Co prawda płyt już nie mam, zgubiły się gdzieś, czy zepsuły, pozostając u mojej mamy. Mam za to utwory takie jak „Whiskey” czy „List do M” oraz „Riders on the storm” w wersji z tamtych płyt. Jestem wdzięczna mojemu Tacie, iż zdążył mi pokazać pewną ścieżkę, choć nikt nie przypuszczałby, że mój Tata słucha takich utworów. Jako facet przystojny, zawsze wyszykowany, w garniturze i z teczką w ręku oraz ciemnymi okularami… Sama pewnie trafiłabym na te piosenki wcześniej czy później, bo krążą one po dziś dzień, jednak lepiej mi jakoś z myślą, że „dostałam je” właśnie od Taty.

Nie tylko jednak z tego powodu wróciłam do „Riders on the storm”. Po tym, co spotkałam na swej drodze, ile emocji było we mnie, ile dylematów, ile łez przepłynęło ścieżką moich policzków… Na tej trudnej drodze sama poczułam się jak jeździec pośród burzy. I właśnieriders_on_the_storm_by_sttep (2) minionego wieczoru, kiedy chciałam po prostu zwyczajnie odpocząć zrozumiałam, jak bardzo pasuje do mnie określenie rider on the storm. Tak, jestem jeźdźcem pośród burzy. Dosłownie i w przenośni. Dosłownie, gdyż posiadam swojego konia i jeżdżę, nierzadko w stylu western.( Takim, jaki  możecie zobaczyć na starych, dobrych westernach), a i w burzy zdarzało mi się jeździć… Metaforycznie zaś, gdyż obecnie czuję się jak samotny jeździec, posiadający tylko swojego konia, który jest dla niego jednocześnie środkiem transportu i przyjacielem, w wielkiej burzy. Burzy emocji, zmagań, wyborów, sytuacji, cierpienia i poszukiwania siebie.  Stąd właśnie „Riders on the storm” wywołuje u mnie tyle wspomnień i wydaje się bliska sercu. Smuci mnie natomiast fakt, iż szukając informacji o samym Jimie Morrisonie, który wydaje mi się, iż był poniekąd mentorem Ryśka Riedla w poszukiwaniu siebie, dotarłam do zdjęcia, na którym widnieje grób Jim’iego. Nie ma tam żadnych kwiatów, nie pali się żaden znicz… Wydaje się, iż ludzie zapomnieli o „jeźdźcu z burzy”, którym był sam Morrison. Z resztą wszyscy Ci, których pochłonęła muzyka i cierpienie byli w jakiś sposób inni… Nawet ciężko określić w jaki…

Sie macie ludzie!

Generalnie nie należę do osób, które zakładają i piszą blogi. Robią za to mnóstwo innych rzeczy w świecie rzeczywistym. Pracują, często ciężko i fizycznie, uczą się, jeżdżą na koniach, słuchają muzyki, grają na koncertach, uprawiają inne sporty, pomagają innym, rozmawiają, piszą swoje autorskie teksty, zwiedzają świat, starają się go poznać i zrozumieć ale nie piszą blogów! Jeżeli więc zakładam blog, muszę mieć ku temu wyraźny powód, a strony te są dziwaczne, kontrowersyjne, autsajderskie…

Właściwie wszystko zaczęło się od „Skazanego na bluesa”. Gdyby nie ten film i postać Ryśka podejrzewam, że moje życie potoczyłoby się inaczej. Być może trudno w to uwierzyć, ale to właśnie ten film oraz sam, nieżyjący już wokalista grupy Dżem nadał dalszy bieg pewnym epizodom z mojego życia  i w pewnym sensie pomógł mi stworzyć swój światopogląd, zacząć lepiej pisać i znaleźć „własny kąt” w świecie, który nie zawsze był dla mnie miejscem przyjaznym. Tym „kątem” był właśnie blues. Zobaczyłam w tych piosenkach coś podobnego, co widział Rysiek- wolność i tęsknotę, za wolnością, miłością, akceptacją, poczuciem bezpieczeństwa. Ale co to wszystko ma wspólnego z blogiem? A no ma, gdyż przyszedł w moim życiu taki czas, iż odczułam wielką potrzebę rozpoczęcie wszystkiego na nowo. Zrzucenia z siebie balastu trudnych emocji, które się we mnie nagromadziły przez lata. Przyznam szczerze, że nigdy wcześniej nie przypuszczałam że kiedyś założę bloga i to autoterapeutycznego. Jednak kiedy zastanawiałam się dziś, co tak naprawdę składa się na moje życie, doszłam do wniosku, iż jest ono właśnie bluesową opowieścią. Opowieścią o smutku, ale nie tylko. Znaleźć tu będzie także można wolność, przyjaźń, nocne rozmowy, relacje, emocje, pasję, muzykę a może także i miłość? Słowem wszystko to, co składa się na życie człowieka wrażliwego i „skazanego” na bluesa, bo tacy ludzie są jeszcze wśród nas. Stąd też właśnie wzięła się nazwa bloga, na którym chciałabym zamieścić wszystko to, co kocham i to, nad czym się zastanawiam na co dzień…

Poczułam nagle chęć posiadania własnego miejsca, gdzie będę się mogła wypisać, kiedy będę tego potrzebowała, zahaczyć o tematy „na topie”, napisać kiedy mnie coś zainteresuje, rozdrażni czy też po prostu będę chciała się czymś podzielić. Nie wiem, czy pisanie jest dobrym pomysłem w moim przypadku, jednak  zdecydowałam się na odnalezienie siebie i dlatego wybaczcie, jeśli ten blog nie będzie pasował do konwencji blogów już stworzonych. Będzie to tylko oznaczało, iż poszukuję samej siebie, a jak już może zdążyliście się zorientować, jestem troszkę inną dziewczyną niż większość i przychodzę do Was z nieco odmiennego świata. Świata bluesowo-rockowej muzyki, koncertów, przyjaźni , koni, Indian, wolności, tekstów piosenek, a także smutku, choroby, walki z samym sobą i trudnych relacji.

Nie wiem, ile czasu będzie mi towarzyszył ten notes. Notes bardzo nieuporządkowany, zdawać by się mogło, że chaotyczny. Zakładany w pośpiechu i chęci napisania tych paru słów, może nie do końca przemyślany… ale za to całkowicie autentyczny. Zawsze sądziłam, że jeżeli będę już pisać coś takiego, to będzie to działanie przemyślane, a moja strona z chwytliwą nazwą i estetycznym wyglądem. Tymczasem wychodzi zupełnie inaczej… jednak wydaje mi się, że na dzień dzisiejszy chcę opowiedzieć moją bluesową historię… Może pewnego dnia usunę to miejsce, gdyż „zostawię za sobą ten zafajdany świat”. W tym, czy innym wypadku zapraszam do czytania i życzę miłej lektury! A na koniec zachęcam do odsłuchania: