„Znowu w życiu mi nie wyszło…”

Wessało mnie na jakieś dwa miesiące… życie? Może i „życie”, jeśli pod tym słowem rozumieć emocje, słowa i patrzenie na swoją egzystancje, jak przez sen. Wsiąkłam na jakiś czas, na dobre. Nie było mnie tu. Byłam gdzie indziej, co nie oznacza, że mnie nie było. Chciałam poukładać parę spraw lecz, chyba ich układanie skończyło się nie tak, jak miało się skończyć. Cóż, idę dalej… mam nowe postanowienia i nowe zamysły. Na publikowanie tu – również. I choć ostatnio mam ochotę znowu wsiąknać, gdzieś się zaszyć i nie wychodzić do nikogo, to postanowiłam, że będę pisać. Chyba tego mi potrzeba, a jeśli pisać, to publikować tu również. Od jakiegoś czasu nie miałąm pomysłu na ten blog, teraz wszystko się rozjaśniło. Lubię tu wracać, mam tu już cząstkę swojego życia, choć w samym zamiarze ten blog wydawał się dużo „mniejszy”, niż wyszedł. Kiedy tu jestem, mogę doświadczyć rzeczywistych wspomnień, które we mnie wciaz gdzieś tam są. Ale po kolei…

„Znowu w życiu mi nie wyszło…                                                                                                          Uciec pragnę w wielki sen. (..)”

Te słowa przewinęły się ostatnio w rozmowie z Chomiczkową, kiedy widziałam ją po raz ostatni… jakieś dwa tygodnie temu. Potem znów znikła. Tak samo ją wessało, tyle, że ją na rok. Dlaczego? Może pewnego dnia się dowiecie. Od tej rozmowy te słowa kołaczą się mi po głowie, powodując rozmyślanie o minionym czasie.

Dziś… jest ten pierwszy dzień, gdy zdecydowałam się wstawić tu zapiski z jednego z najciemniejszych, a zarazem najpiękniejszych(?) czasów mojego życia. Kiedy wszystko wydawało się zarówno tak przerażające, jak i piękne, rak drastyczne, jak i cudowne i miałyśmy obydwie świadomość, że właśnie ważą się losy naszej przyszłości. A może nam już na tym nie zależało? Mnie tak, ale przyznać muszę, że nie miałam wtedy na tyle sił, by o to walczyć. Czasem próbowałam, choć było cieżko. Wydarzenia te rozgrywały się bezpośrdnio przed i w trakcie mojego początkowego pisania bloga, później zdarzały się jeszcze, lecz przybrały już inny obrót. Czasami tęsknię za tym czasem, to wszystko jest równie piękne, co bolesne. I równie zakorzenione co odpychane. Cóż, zaczynam pisac serię moich „opowiadań”, a może bardziej „opowieści” sprzed paru lat. Doszłam do wniosku, że może przyszedł czas na spisanie tego wszystkiego. Czy stałam się wtedy kimś innym? Nie… ale coś się we mnie bezpowrotnie zmieniło… Być może stałam się kobietą…

„Ławka”

Szkoła, miejsce znienawidzone przez tylu młodych. W środku wieczna tułaczka i walka o przetrwanie w gronie swoich i „nieswoich”. Na zewnątrz gównarzenia, tandeta i szara masa. Plująca, zaśmiecająca chodniki petami, rzucająca niewybredne przekleństwa, chcąca się wreszcie dobrze zabawić… Tak, miałam tam iść. Wejść, po raz kolejny, zobaczyć ich twarze i miny, zobaczyć to, jak bardzo są sfrustrowani, z jakim utęsknieniem czekają na piątkową imprezę. Miałam…

Siedziałam na ławce, może przez jakieś 15 minut. Ławka była mokra i zimna. Pod moimi nogami gromadziło się stado gołębi, na które patrzyłam, aby zająć sobie czas.
Ludzie mijali mnie, patrzyli, odchodzili, to znów ich wzrok przebiegał po mojej kurtce. Było wtedy zimno. Przymrozek ściskał ciało, ręce drętwiały. Czekałam… Po jakiś 10 minutach stwierdziłam, że to bez sensu, ale coś jednak kazało mi nadal tam tkwić.
Podjechał biały samochód. Wysiadła. Widziałam jak ciało przemyka przez ulice… już była po mojej stronie, z tuszem na rzęsach i powiekach. Szła dość energicznie. Widziałam, że na mój widok nie może powstrzymać łez, które same polały się po policzkach, zabierając tusz…
Usiadła. Płakała, a w zasadzie zanosiła się łzami. Ja nie mówiłam nic. Przytuliłam ją tylko do siebie. Pamiętam, kiedy trzymała głowę na moim ramieniu, pamiętam jej łzy.
– Na razie musisz się uspokoić.- Pamiętam jak mówiłam te słowa, jednak chyba mało z tego, co do niej docierało.
Płakała jeszcze przez chwilę, nie mogąc powstrzymać łez. Człowiek jest taki piękny, kiedy jest szczery.
– Co się stało?
– Ty… ty uważasz, że jestem bezwartościowa?
Zacisnęłam usta.
-Kto tak twierdzi?
– Przyjechał do mnie wczoraj, późno już było. Przepłakałam całą noc…
Emocje nie wytrzymują, zanosi się znów płaczem.
-Kto?
-Mój były.
-Jesteś w takim stanie od wczoraj?- pytam.
-Tak… -szlocha.- Przyszedł, wszedł do domu. Powiedział, że… mam oddać nerkę jego dziewczynie, bo jest chora. Ja i tak jestem bezwartościowa, więc moje życie jest bez wartości i mogę umrzeć.
Zapada cisza. Wiatr targa nam włosy, gołębie chodzą koło naszych nóg, jak chodziły wcześniej koło moich. Jakaś babka przechodzi z psem.
-To on tak uważa, Ty nie musisz…- rozlega się po chwili.- Każdy po coś żyje, a w życiu nie przyszłoby mi do głowy coś takiego na Twój temat. Niech da swoją nerkę, w końcu to jego dziewczyna. Jest mody i zdrowy… On nie wie, co on Ci robi?
Potem pada jeszcze kilka tego typu zdań, których już nie pamiętam. Kończę chyba stwierdzeniem, że jej były to chuj.
Szukam w torbie jakiś leków na uspokojenie, ale nie znajduję.
– Chodź, pójdziemy teraz do apteki, kupię ci coś na uspokojenie- mówię.
Powolnym krokiem wchodzimy do sklepu, w którym znajduje się apteka, kupuję nervosan. Łyka. O szkole nie ma już mowy.
– Przecież gdyby mnie zobaczyli w takim stanie to pierwsze co posłaliby mnie do pedagog. -Pada gdzieś po drodze, gdy wychodzimy z supermarketu, gdzie jest apteka. A ja mimo wszystko zupełnie się z tym zgadzam. Po nervosanie zaczyna jeść, łapczywie. Stoimy teraz między jakimś tłumem ludzi.
Lądujemy więc gdzieś w centrum handlowym, oczywiście w „maku”, żeby kupić sobie colę, kawę i po kanapce. Koleś przyjmujący zamówienia nie rozumie, zamiast dwóch coli daje nam jedną, ale trudno. Nie mamy sił już tego prostować. Spędzamy tam około dwóch godzin. Na rozmowie, na przeanalizowaniu całej sytuacji. Przychodzi sms od jej chłopaka. „Zawsze ci mówiłem, że ona to najlepsza przyjaciółka.”
Moja przyjaciółka…?- myślę. W sumie, najpierw koleżanka, potem ktoś z przymusu, a na końcu dziewczyna, z którą wiele przeżyłam. I choć wiedziałam, że nie będzie to przyjaźń na wieki, a każda pójdzie w swoją stronę, jakoś żal mi było tego wszystkiego zostawić. Dziwna przyjaźń…
Po dwóch godzinach idziemy gdzieś do sklepu. Wiem, że dla niej świat w tym momencie wydaje się być wrogi. I choć nie wiem, jak to uczucie złagodzić, bo sama w nim poniekąd często pozostaję z trudną drogą wyjścia, przychodzi mi do głowy pomysł kupienia pierdoły.
Kupujemy więc dwa pierścionki, takie same, bo jest taki trend, że przyjaciółki mają. Dla zabawy.
Mam gdzieś jeszcze ten pierścionek…
Na koniec wysiadamy z busa. Wracamy na tę samą ławeczkę, od której zaczęłyśmy nasze rozmowy. I jeżeli ławka przy chodniku może stać się symbolem, to ona właśnie się nim stała. Usiadłyśmy na niej tak, bez celu.
– Co będziesz robić po południu? -pytam.
– Położę się spać.-odpowiada.
– Zadzwoń wieczorem.
– Dobrze.
Pojawia się myśl, że i tak zapomni.
Przechodzimy na drugą stronę ulicy, czekam, aż wsiądzie w autobus.
A wieczorem, rzeczywiście zadzwoniła.

Tego dnia zawiodłam. Oczekiwania innych ludzi…

( listopad, 2016 rok)

 

„Późno, późno, późno… późno jest.                                                                                                     Sam wiem, że zbyt późno jest, by zaczynać wszystko znów…”

 

 

Reklamy

Styczeń dał mi w kość…

Styczeń dał mi się we znaki, a szczególnie druga połowa. Nie chcę znów pisać tu wpisów tylko wyjaśniających, bo nie w tym cel prowadzenia blogu. Ale chyba na razie nie dam rady napisać tutaj niczego sensownego. Poza tym, że opuściłam to miejsce, coraz bardziej go opuszczam, czynem i myślą… i nie wiem, jak to się skończy. Pewnie powrócę, może…

Myślałam, że pewne sprawy z (dawnych) lat mam już za sobą, że nigdy do mnie nie wrócą, choć czasem za nimi tęskniłam; że może to już załatwione. Teraz wróciły, były przez chwilę, znowu odeszły, a ja nie za bardzo wiem, co mam zrobić z tym wszystkim. Czasem chciałabym się od tych spraw jakoś uwolnić, zmienić ich bieg, albo zwyczajnie zapomnieć. Pewnie kiedyś powstanie jakiś dzienniczek zapisków, myśl pozbieranych. Bo mam generalnie dwie insprację do pisania: przeżycia i literackie występki. I o ile w tym pierwszym czuję często msutek, to w tym drugim znów presję… Nie chcę tak. To wszystko miało być inaczej.

Chomiczkowa wróciła… a z nią część „dawnego” życia. Zaczynam rozumieć, że coś się od tamtego czasu zmieniło. Tak wiele się zmieniło w ciągu zaledwie niecałych dwóch lat… Nasza historia, o której w sumie tak mało tu pisałam. O Indianerze również. Ostatno myślałam właśnie o tym, że wydarzenia związane z nim mi się już zacierają, powoli, monotonne. Nie umiem już chyba nawet ich przeżywać…ale może to i dobrze. Chomiczkowej, nie mogę pomóc. I choć wiem, że to być może nic by nie dało, chcciałabym jakoś jej pomóc, a mam związane ręce. Znów czuję, że nie mam siły… To wszystko mnie przytłacza. Znowu jestem w jakijś pustce, ogromnej pustce i znowu nie wiem, czy prowadzi mnie ona do przepaści czy może pozwoli mi wyjść na początek jakiejś drogi. Czuję, jak gdyby czas sie zatrzymał. Jakby nic z tego, co dzieje się teraz nie miało znaczenia. Czuję się cholernie samotna…

Nie wiem jak mam odczytywać sygnały Pana ze skrzydłami. Czy on w ogóle o mnie myśli? Jest samolubny i zapatrzony wyłącznie w swoją wizję świata. Kolejna próba rozmowy, kolejne nic nie znaczące argumenty… Nawet nie wiem już do czego prowadzi mnie ten związek. Potrzebuję czegoś, czego jego radykalizm raczej nie będzie mi w stanie dać. Ocenia wszystkich swoją miarą, myśli chyba, że zna receptę na wszytsko, kiedy nigdy tak naprawdę nie był w mojej sytuacji, nie miał podobnej konstrukcji psychicznej. Coraz częściej myślę, że jesteśmy z dwóch różnych światów i są aspekty w których nigdy się nie zrozumiemy. Może łatwiej byłoby się po prostu rozstać? Prościej? Czuję taką przytłaczającą bezsilność…  A najgorsze jest to, że… przez te półtora roku zaczęłam myśleć, że teraz już będzie dobrze, że mam kogoś przy sobie, komu na mnie zależy, kto będzie chciał ze mną być. Ze mną, a nie z tym, co on uważa za słuszne jako postępowanie, wybory, życie. Źle znoszę niepewność, jeszcze gorzej niż słowa obwieszczające mi zmianę czegokolwiek. Z resztą, na to samo wychodzi.

Siedzę i płaczę… i piszę te słowa, pierwszy raz od roku? Ponad roku?

Przyjaciółka wylądowała na ulicy… Wiem, że nie ma nikogo, a ja… ja czuję tylko bezsilność, taką cholerną bezsilność. Chciałam jej pomóc, ale możliwości już się skończyły. Nie tak miało być. To wszystko nie tak. Z tamtych czasów został mi tylko ten blog i wspomnienia, które noszę w głowie i do których czasem wracam. Nie sądziłam, że „zapiszą się” one w mojej gowie tak mocno. Ale zapisały… Wtedy było mi tak strasznie źle. Tak wiem, nie powinno pisać się strasznie, ale wsystko mi już jedno. Muszę z siebie wyrzucić gdzieś te wszystkie emocje. Emocje i myśli kobiety XIX w. Wieku, gdzie wielu ludzi mają wszystko, co im potrzebne do życia, do szczęścia, a nie potarfią go znaleźć, nie potrafią nim obdarować drugiej osoby…

file.kobieta-placz

Luksus i prawie miesiąc nieobecności…

Nie zaglądałam tu prawie przez miesiąc. To nic, jakoś mnie to nie ruszało. W pisaniu blogu jest tak, ze musia nadejsć ten odpowiedni moment, musi się znaleźć przestrzeń i sposobny czas. Przynajmniej jak dla mnie. Co robiłam przez ten miesiąc? Byłam to tu, to tam… Święta minęły mi dość miło, w towarzystwie mego lubego. Posiedzieliśmy, odwiedziliśmy swoje rodziny. Choć mogłam poznać różnorodność poglądów członków rodziny Pana ze skrzydłami. Dla mnie to dziwni ludzie, cóż tu dużo pisać- dziwni i już.  Najlepszy był jednak sylwester, spędzony w małym pałacyku z dala od domu. I choć zazwyczaj lubię aktywne spędzanie czasu na wszelkich wyjazdach, to tym razem klimat tego miejsca zpadł mi bardzo miło w pamięć. Jak to się szybko człowiek przyzwyczaja do luksusu? Aż dziw bierze… Palacyk bowiem był dość luksusowy. Choć położony w mało malowniczym miejscu, to urok stanowił sam w sobie. Dokoła rozciągał się niewielki placyk, który latem zapewno obfituje w wiele różnych kwiatów, zimą natomiast nie było tam tego efektu kolorów, jednak i tam mi się podobało. Może nawet nie ze względu na 3a55ea2bd3e66653d2d9f758c03012013210925okolice, ale na to, że mogłam tam pobyć z moim ukochanym, poleżeć sobie na wygodnym łóżku i snuć rozmowy o świecie, ludziach, zjawiskach, poezji i wszystkim, co nam tylko na myśl przyszło.  A do tego o 24.00 w Nowy Rok miałam pewną niespodziankę, zafundowaną przez Pana ze skrzydłami, o której jednak tutaj pisać nie będę, zachowam ją dla siebie. Wracanie do „szarej” rzeczywistości nie było łatwe. Po tych kilku dniach powrót z myśleniem o zbliżającej się sesji i studiach nie był enuzjastyczny. Wracałam znów do obowiązków… Przez parę dni ajkby nie mogłam się przyzwyczaić do domu, do twardego łóżka (choć nigdy wcześniej nie uważałam, aby było twarde) i do domowych obiadów. Stopnowo jednak powróciłam.

Każdy taki wyjazd pozwala mi jakos inaczej spojrzeć na ten otaczający, domowy świat. Ostatnio też zaczęłam  myśleć o zaangażowaniu się w jakieś działania pisarskie. (Który raz już tutaj to piszę?) Co z tego wyjdzie, zobaczymy, ale jestem na dobrej drodze i czuję, ze coś się dzieje, a właściwie to zaczyna się dziać. Sesja goni, terminy zbliżają się nieubłagalnie, ale nie mam zamiaru jakoś na razie z niczego zrezygnować… dobrze mi w natłoku, przynajmniej mam poczucie, że coś robię, a zbędne rzeczy mnie nie hamują. Wczoraj długi spacer po lesie- widziałam sarnę, która stanęła i wlepiła wzrok we mnie, a ja w nią. Dziś dłuższe zakupy, po których jestem zmęczona. Parę rzeczy jedynie muszę sobie jeszcze przemyśleć… Kończę ten krótki wpis. Niedługo tu wpadnę aby ponadrabiać zaległości, zajrzeć na Wasze blogi i dowiedzieć się czegoś ciekawego, jak tam Wam mija czas 🙂

A Wam na ten Nowy Rok, choć już minęło osiemnaście dni życzę samych uśmiechów, realizacji planów, życzliwych ludzi na swej drodze i oczywiście weny do pisania kolejnych notek na blogach 🙂

 

Rok z Panem ze Skrzydłami i Dwa lata prowadzenia bloga!

Dokładnie wczorajszego dnia minęły dwa lata odkąd prowadzę tego bloga. Zapewne dla tych, którzy blogują dziewięć lat, a może i więcej, postrzegają to jako dopiero swoisty początek blogerskiej „kariery”, ale ja sama nie mogę uwierzyć, że to już dwa lata… Pamiętam dokładnie kiedy zakładałam ten blog, również był okres świąteczny… I z racji tej mojej małej „rocznicy” blogowej pragnę wszystkim podziękować za wizyty i komentarze składane pod notkami. To bardzo cieszy, kiedy wpis wzbudza jakieś zainteresowanie 🙂 Dziękuję, że chce Wam się odezwać i pochylić nad moimi słowami. To bardzo motywuje do dalszego pisania i tworzenia blogu. Dodatkowo, poznałam dzięki temu blogowi kilka naprawdę fajnych, otwartych osób, z którymi mogę czasem wymienić myśli i z tego się cieszę 🙂

Dodatkowo, równo, jak teraz sprawdziłam- osiemnastego grudnia minął rok odkąd  jestem z Panem ze Skrzydłami 🙂 W sumie, to o tym całkowicie zapomniałam i musiałam teraz sprawdzić w kalendarzu kiedy to było… Ale wiem, że było to w ostatnią niedzielę przed Świętami Bożego Narodzenia. I przyznać muszę, że ten rok było dziwny. Miły, ale dziwny, tyle zmian w moim życiu zaszło, przede wszystkim tych związanych z emocjami, z nowym środowiskiem, nowym poukładaniem sobie życia, pewnych spraw. Zmieniły się też moje poglądy i podejście do niektórych spraw. Teraz czuję, jakbym choć odrobinę wychodziła z mętliku, który czasem był w mojej głowie.

A jakoś tak się właśnie skłąda, że najlepsze dzieje się w moim życiu w grudniu! A gdzie teraz pójdę? Jeszcze nie wiem… Zostawiem różę czerwoną, na śniegu dla Was w podziękowaniu za dwa lata czytania blogu…

image

 

Bluesowa Dziewczyna

Święta- problem…religijności i wyznania!

Temat na napisanie tego wpisu wpadł mi do głowy wczoraj, zupełnie spontanicznie. Nie ukrywam, te Święta będą dla mnie… trudne. Ale ne z powodu odejścia kogoś bliskiego, a właściwie to zupełnie na odwrót, z powodu jego przyjścia.

Większosć ludzi cieszy się na święta, stroi choinki, pakuje prezenty. Ostatnio byli u nas sąsiedzi, którzy odwiedzają nasz dom co roku, przynosząc własnoręcznie robione pierniczki i jakieś wino, wraz z życzeniami. To są zawsze miłe wizyty, więc je lubię, czuję wtedy atmosferę zbliżajacych się świąt i tę wzajemną życzliwość, którą ludzie obdarowywują sie na wzajem. Kiedy tak ostatnio na nich patrzyłam, poczułam, że zazdroszczę im takiej rodziny i zgodności. Ci  ludzie po prostu potrafią się dogadac i robą to już od lat. Dobrze im ze sobą… ich dzieci rosną w spokoju i zainteresowaniu oraz zdroworozsądkowym podejsciu. Zastanawiałam się wtedy dlaczego ja musiałam się znaleźć w tak dziwnej rodzinie, dlaczego matka nie chciała się mną zajmować? Niby mi to kiedyś wyjaśniano, ale jak dla mnie te wyjaśnienia są niepełne i niezrozumiałe. Nie rozumiem intencji, dla której opuszcza się własne dziecko… może to wina mojego ograniczonego myślenia, ale nie potrafię!

Kiedy patrzę na uśmiechniętych ludzi, rodziny cieszące się swoją obecnością na święta, czuję się… rozdarta. Rozdarta pomiędzy tym, co czuję, a tym co „powinnam”, czego się wymaga ode mnie u mnie w domu. Moi dziadkowie są starsi, pewnych rzeczy zrozumieć już nie potrafią i nie chcą. Mojego własnego podejścia do religii też nie…

Raligia… to temat bardzo trudny i rozległy, wszak wiele ludzi pokończyło profesury pisząc parcę na ów temat i działajac w tym kierunku, a w koło możemy czytać o religie668trwajacych w ostatnich laatch zamachach i zbrodniach popełnianych poniekąd w imię religii i Boga, którego tak naprawdę nie znamy. Ja jednak chciałabym się skupić na tym kawałeczku tematu, który dla mnie jest bardzo bliski w tym momencie. Mianowicie, nie wiem, czy wcześniej pisałąm już o tym, ale mój ojczym okazał się (po latach swoją drogą, powrócił do praktyk) być Świadkiem Jehowy. Z tego też względu, czasami czytam o tym wyznaniu, by móc go zrozumieć. Wcześniej nie wiedzieliśmy, czemu cytuje z pamięci strony i cytaty z Biblii. Bowiem członkowie tej religii opierają się jedynie na tym, co zostało napisane w piśmie i interpretują je na spotkaniach w Sali Królestwa. Dla mojego ojczyma reigia ta okazała się być zbawcza w kontekście tego, ze pozwoliło mu to, jako młodemu chłopakowi, który nie miał rodziców- „wyjsć na ludzi”. Poznać podstawowe zasady moralne, społeczne, skategoryzowac oraz ubrać w słowa najważniejsze życiowe cele. Pokazała wartosć rodziny i drugiego człowieka. I choć, wielu uznaje tę wiarę za swoistą sektę, ja myślę, że w jego przypadku, przynależnosć do wspólnoty Świadków pozwoliła otworzyć mu oczy na dobro i podstawowe prawa etyczne, a także pomaga w nałogu, bo zakazuje jakichkolwiek używek. Niestety,  moje prababcia gdy się dowiedziała o wyznaniu ojczyna, nie mogła tego zrozumieć, i pogodzić się z faktem, iż „mamy w rodzinie innowiercę”. Prababcia jest bowiem osobą bardzo wierzącą, choć nie w znaczeniu kościelnej dewotki. Dużo się modli, wiara też dała jej siłę przezwycieżyć życiowe zakręty, liczne żałoby w których musiała być, nawet po śmierci swojego własnego dziecka. Pamiętam, że kiedyś taka nie była. Kiedyś tolerowała wszystkich i lubiła, cóż, demencja daje się we znaki.

Pan ze skrzydłami, mój ukochany natomiast jest zdeklarowanym ateistą, twierdzącym, że Boga nie ma, jest tylko nauka, która potrafi wszystko wyjaśnić w sposób logiczny i za pomocą praw fizycznych i matematycznych możemy opisać cały wszechświat. Więc to jest jedyne i słuszne wyjaśnienie naszego istnienia i istnienia wszystkiego tego, co nas otacza. Ideologia Kościoła zaś jest nielogiczna, krzywdząca dla człowieka i zmuszająca do wierzena w coś, co nieistnieje, pod batem „pójścia do pekła”. Cóż, na temat Kościoła i tego, co głosi, możnaby napisać dużo, ale, żeby móc cokolwiek napisać, trzeba by najpierw dokładnie zapoznać się z wszelkimi źródłami, księgami i zapiskami, a do tych akurat zwykły człowiek ne ma dostępu… Cóż, fakt, twierdzenia głoszone przez Kościół nijak często mają się do rzeczywistości ludzi żyjących w czsach obecnych, a Biblia mówi do nas obrazami. Dodatkowo, powstała w czasach gdy na świecie nie było praktycznie żadnej naukowości, a ludzie, by tłumaczyć sobie świat i zjawiska na nim zachodzące sięgali po mity, baśnie czy inne opowieści. Zatem wiele zjawisk, które my dziś dobrze znamy i umiemy opisać, mogło być dla nich cudem, o którym opowiadali i zapisywali jako wcześniej niemożliwe, gdyż nie potrafili tego racjonalnie wytłumaczyć. Co więcej, tekst został spisany pięćdziesiąt lat po śmierci Chrystusa, więc autentycznosć tamtych wydarzeń rzeczywiście tak, jak one przebiegały, jest bardzo niewielka i przepuszczona przez system poznania świata i jego odbioru ludzi, którzy pismo spisywali. Pan ze skrzydłami mówi, że musieli nieźle ćpać, aby takie coś wymyślić. Jednakże faktem jest, że Jezus Chrystus żył naprawdę i jest to też postać historyczna. Tak jak z resztą Mahomet i inni, których dana religia w danym obszarze uznaje za proroków.

Moja rodzina, poza moja mamą, której życie akrat potoczyło się w trochę bardziej skomplikowany sposób, jest wierząca. Jako wychowujaca się w rodzinie chrześcijańskiej, kiedy byłam dzieckiem, chodziłam do Kościoła, uczyłam się modlitw i robiłam te wszystkie praktyki, jakie robi dziecko, a później nastolatka. Tak naprawdę kryzys zaczął się w drugiej klasie gimazjum? Jakoś tak… może w trzeciej, nie pamiętam dokładnie. Jakoś przestałam zwracać uwagę na „działanie Boga w moim życiu”, wcześniej jakoś potrafiłam to powiązać. Nie dziwię się, choć dopiero od jakiegoś roku zaczęłam to rozumieć w pełni. Babcia wiele rzeczy potrafi i chce wyjaśniać snami itp. zjawiskami, które w ogóle nie mają wpływu na większosć naszego życia, a przynajmniej nie na nasz los. Co prawda, ja też doświadczyłam różnych dziwnych „zbiegów okoliczności” i nad tym też czasem się zastanawiam… Intuicja? Przeczycie? czy w ogóle istnieje coś takiego? Podświadomość, podprogowość? Ale co to ma wspólnego do snu, dzięki którwmu poznałam co wydarzy się za 2 dni?Mój własny scenariusz? Pamiętam, że wtedy go nie miałam.

Dziś czuję się po prostu rozbita… ten cały natłok informacji, przeróżnych informacji, napływających do mnie przez ostatni rok, apropo wiary, religii i samych poglądów mnie Boze-Narodzenie-to-nie-tylko-czas-dla-zakochanych.-8-powodow-dla-ktorych-warto-byc-singlem-podczas-swiat_articleprzygniata… Czuję sie rozdarta. Całe życie wmawiano mi istotę Istnienia Boga, z drugiej na studiach pokazują nam potęgę nauki, która rzeczywiscie, jawi mi się o wiele potężniejsza i logiczna, niż tezy głoszone przez Kościół. I nie wątpię, że tak jest, że wszelkie wyliczenia matematyczne czy fizyczne znajdują potwierdzenie w otaczającym nas świecie. Jednak wydaje mi się, że nawet, jeśli wszechświat powstał przez przypadek, jak zakłądają naukowe teorie to przecież „Coś, Ktoś” ten przypadek musiał/o spowodować. Może ja zbyt mocno chcę wierzyć w swego rodzaju „humanistyczność” tego śwata, ale to istoty żywe w jedyny sposób udowodniły, że sa tak poteżne, by dominować nad przyrodą nieożywioną tego świata… Być może takie rozumowanie jest słabe, ale jest.  Nauka i jej potęga ukazuje potęgę tej Istoty Wyższej, jakkolwiek rozumianej? Dla mnie coś w tym jest…

Dochodzę do ładu? Sama nie wiem już w co ja wierzę… Pan ze skrzydłami mówi, że każdy kryzys jest wartościowy, bo pozwala dojsć do wniosków i odrzucenia Boga albo silniejszej wiary. Ale ja ani jednego ani drugiego tak na prawdę nie chcę… Jestem zawieszona? Tak przynajmniej się czuję, jakbym lewitowała między ziemią, a niebem i nie mogła wyjść z tego stanu… babcia mówi mi, że u Pana ze skrzydłami to przejściowe, bo przecież komunijny, bierzmowany… nie chce przyjać jego ateizmu do wiadomości. Ja wiem, że duży wkład w jego takowym podejściu jego ojciec, który wymuszał na nim wiarę, bez tłumaczenia jej. A przecież każdy człowiek potrzebuje racjonalnego, bądź też mniej wytłumaczenia. Moja dalsza część rodziny jeszcze nie wie, wiem, że kiedyś będę się musiała zmierzyć z powiedzeniem im o tym, nie wiem, jak dziadkowie na to zareagują. Nie chcę sprawiać im przykrości, ale z drugiej strony nie będę rezygnowała z kogoś, kogo kocham, na rzecz zadowolenia mojej rodziny. Nie chcę, aby poglądowo ten człowiek był taki jak ja, chcę aby mnie kochał i akceptował, a ja jego też będę… Inaczej nie „zrozumiemy” się, choć w pewnych aspektach to chyba niemożliwe… Po prostu, bądźmy wyrozumiali.

W co ja wierzę? W zasady etyczne, z których większość z nich nie kłóci się na dobrą sprawę z religią. Przecież przykazania są dobrymi zasadami moralnymi, a dla niektórych z nich można znaleźć odniesienie nawet w teoriach naukowych. Przecież żadne zwierzę nie zabija innego osobnika tego samego gatunku… w normalnych warunkach, ale my dodatkwo jesteśmy ludźmi, mamy wykształconą i rozbudowaną psychikę, której nie mają zwierzęta. (Żyjąc w cywilizacji, możemy posiadać pewien kręgosłup morlany, posiadamy zdolność do oczuwania emocji złożonych… Choć ciekawi mnie egzystencja dzikich plemion, zamieszkałych wyspy… Też na pewno mają zdolność do odczuwania złożonych emocji, tylko sytuacja być może rzadko ich do tego zmusza. Przychodzi mi tutaj do głowy nazwa najbardziej odizolowanego, dzikiego i niebezpiecznego plemienia zamieszkujacego wypę Sentinel. Podobno zabijając oni każdego kto próbuje nawiązać z nimi kontakt.) Wierzę w to, że to, co mogę zrobić, jest lepsze od tego, co mogę powiedzieć, a jeśli swoim życiem moge pokazać, że jestem po prostu dobrym człowiekiem, że chcę nim być, bo nie zawsze przecież się da, to to czynię. Nie sądzę by Bóg, o ile istnieje, karał ludzi, za to, że w niego nie wierzyli, czy też że wierzyli w dobro nauki, które nam dał. Nie wiem tego, być może moje pojęcie Boga jest dziwne i nieakceptowane przez Kościół, ale moje doświadczenia i emocje, które musiałam przeżyć mnie zmieniły. A wolę patrzeć na ludzi horyzontalnie, niż wyznaczać granicę wiary czy religii. Jak obecnie widzimy, prowadzi to do otwartej wojny, w imię czegoś, co być może… nigdy się nie spełni. (Wierzenia Islamistów o dobrobycie w niebie, w zamian za śmierć niewiernego).

Zorganizowanie tych Świąt było dla mnie trudne, tak, by wszyscy mogliby być razem. Każdy wierzy w coś innego. I ma inne pojęcie wiary. Zaprosiłam Pana ze skrzydłami, choć jest niewierzący, przyjedzie… zrobił mi nawet stroik- choinkę z szyszek na święta. Ojczym nie będze na Wigilii, bo religia mu zakazuje i źle się z tym czuje. Dziwi mnie to, ale szanuje jego wybór. Za cel zaś objęłam sobie wytłumaczenie komu mogę, że to przecież tylko święta i kto ma chęć, niech wierzy w ich wzniosłośc i przeżycie duchowe-przecież to też piękne, jak człowiek potrafi coś przeżywać, a dla innych niech będzie to po prostu zwyka, lepsza kolacja. Przecież w Święta nie chodzi o to, aby zmagać się z problemem kto jakiego jest wyznania i wykłócać kto ma rację… ale to czas, by pobyć ze sobą, wspólnie, nacieszyć się sobą, pomimo wyznań, religii i wierzeń. Wszyscy przecież jesteśmy ludźmi… a święta to akurat taki czas, kiedy w większosci w naszym kraju ludzie mają wolne od pracy czy innych obowiązków, więc można spędzić go razem, w miły spoób. Święta to dla mnie czas na to, aby… zauważyć drugiego człowieka, pobyć z nim, porozmawiać, nacieszyć się nim, spojrzeć łagodniej, a nie ciągle się tylko modlić i spędzić całe święta albo w Kościele, albo zamknąć się od ludzi twierdząc, że są innego wyznania.

Pamiętam, kiedyś byłam na spotkaniu u Żydów, w trakcie ich Szabatu. Obchodzili oni swoje święto wraz z charakterystycznymi potrawami, też je zjadłam, a powiem nawet, że tak bardzo mi zasmakowały, że teraz czasem jem te przyprawy i dania w niedzielę, jak jest lepszy obiad. Być może jestem dziwna, ale nie rozumiem podejścia restrykcyjnego, tak jakby zjedzenie posiłku z osobami innego wyznania było złe, niegodne, czyniło zło? Jest to dla mnie dziwne… Sama chętnie poszłabym do wyznawców innych religii by spędzić z nimi trochę czasu, poznać ich tradycje, to jest przecież bardzo ciekawe. No, może do tych, których pewnie teraz macie na myśli nie koniecznie chciałabym isć, bo mogła by to być moja ostatnia już podróż… choć jak dla mnie, to jedna z najciekawszych religii świata.

Być może jestem idealistką… ale wolę patrzeć na człowieka całościowo, bo przecież ważne jest jakimi jesteśmy ludźmi. Dlatego z jednej strony nie potrafię zrozumieć takiego podejścia, z drugiej wierzę w to, że osoba wyznająca swoje zasady może się źle czuć i odczuwać dyskomfort, że robi coś wbrew temu, co wyznaje. Z trzeciej zaś strony… zaczynam rozumieć pobudki tego, co dzieje się na świecie… i czemu Islamiści chcą nas wytłuc.

Cóż, mnie też bliski jest ateista i nic na to nie poradzę. Nie będę go zmuszać ani przekonywać, bo rozumiem jego wyjaśnienia i przyczyny takiego stanu rzeczy. Pismo mówi „Idźcie i głoście…”. Być może to niezgodne z pismem, ale byłabym nie fair w stosunku do niego… i mogłoby to pogorszyć tylko nasze relacje. Być może jestem za bardzo szczegółowa… ale nie chce go stracić tylko dlatego, że ktoś wierzy w coś zupełnie innego. Te święta, ogólnie czas świąt w Kościele katolickim dlatego jest dla mnie trudny. Moja rodzina nie wyobraża soie tego, że mogę mieć takie poglądy, też o nich głośno nie mówię. Smutne jest tylko to, że nie chcą postarać się zrozumieć, jako dziecko miałam ich za bardziej wyrozumiałych i otwartych ldzi, a jako starsi robią się zamknięci na inność drugiego człowieka i na zmianę poglądów. Babcia stara sie jescze zachować zdrowy rozsądek, ale widzę, że też potrzebuje już zwrócić sie do Boga… taki wiek. Może za dużo od nich wymagam?

Pan ze skrzydłami dał się przekonać, że przecież to tylko święta i nie musimy ich huczniez21163086Q,Zwierzeta---swieta---swietna-zabawa- obchodzić w Kościele, w futerku i garniaku, o jedenastej na Mszy. Tylko żeby do mnie przyjechał, więc przyjedzie. Gorzej, że w dzień po świętach mamy kolędę i będzie jeszcze mój chłopak… akurat przychodzi proboszcz, który jest doktorem… No to sobie…porozmawiają…

Coś czuję, że te święta to będzie istny kogel-mogel…

 

 

 

Prezenty, ah, prezenty…

Wszyscy lubimy je dostawać… Przypomina mi się teraz ćwiczenie, które kiedyś wykonywaliśmy na studiach. Mieliśmy wybrać osobę, która miała nam opowiedzieć ważne dla siebie wydarzenie, na temat którego mieliśmy napisać dla niej wiersz… Większość osób stwierdziła, że lepiej czuła się dając wiersz (prezent), niż go otrzymujac. Tak musiało być, bo dajac komuś coś, otrzymujemy satysfakcję i radosć z tego, że mogliśmy kogoś obdarować, a co często, acz nie zawsze za tym idzie, że inni postrzegają nas jao ludzi dobrych, życzliwych itd.  Mnie autentycznie bardziej cieszyło wręczanie wiersza niż to, kiedy go dostawałam, z jeszcze innej przyczyny- biorąc pod uwagę osobę, od której go dostawałąm, mogłam podejrzewać, że jego wartość pod względem dzieła, będzie mizerna. Nie myliłam się. Podobno artyści są egocentrykami- tak twierdzi mój luby i chyba jest w tym jakaś częśc racji, bo oczywiscie, choć nie można tego zbadać na dzień dzisiejszy. Nie mamy bowiem takiej możliwości, to niektórzy artyści rzeczywiście są egocentryczni, kiedy możemy obserwować ich zachowanie. Ale to zależy…

Do dziś nie czułam atmosfery świąt. Dzisiaj, kiedy zaczęły się w domu przygotowania na święta- czuję tę atmosferę aż za dobrze, atmosferę sprzątania. Wszytsko jest rozwalone i czeka na uprzątnięcie i nowe poukładanie, na święta…

A co do prezentów… W tym roku zdecydowaliśmy, że w domu rodzinnym nie będziemy kupować prezetów. I dobrze, bo szczerze mówiąc mój budżet już zubożał. Kupimy sobiem61779 tylko z moim ukochanym, nazwajem, to, co chcielibyśmy dostać. Wybieranie prezentów w ciemno jest z jednej strony fajne, a z drugiej strony, przyznać muszę, że mam już dość prezentóe nietrafionych, które musiałam potem magazynować. Stosy ciepłych czapek i bielizny nie nadajacej się do niczego… Mój luby za to nie cierpi czekania niewiedzy na temat tego, co dostanie, tak więc powiedzieliśmy sobie otwarcie, co chcemy dostać. Co prawda, ja szykuje mu jeszcze prócz „oficjalnego” prezentu małą niespodziankę, a przydatną, bo takiej rzeczy nie ma, ale już bez jego wiedzy, tak, by był zaskoczony i nie pytał się co pięć minut co dostanie.

Tak więc, w tym roku na prezent świąteczny dostanę… kurs pisarski! Taki sobie wybrałam… Choć na początku rodzina patrzyła na mnie z niedowierzaniem, to jednak nie ustąpiłam od tego pomysłu. Nigdy w życiu nie miałam możliwości i dłuższej chwili na pokazanie komuś kompetentnemu swoich tekstów i wierszy, które wędrowały pierwotnie do szuflady, a później przetrzymywane były na dysku mojego komputera. I choć rodzina była zdziwiona, po co mi coś tak niepotrzebengo i niepraktycznego, to ja bardzo się cieszę! Wiem, że będzie mnie to kosztowało sporo wysiłku i presji czasu, ale mimo to, jestem w stanie zaryzykować uczestnictwo w tym kursie w trakcie sesji. W końcu, czego się nie robi dla sztuki! 😉  Pan ze skrzydłami stwierdził, że zdaje sobie sprawę, że będą tam „Te artystyczne oszołomy”, ale zapłaci za ten kurs, skoro tak mnie to cieszy…

Tak więc, stwierdziłam, że muszę zrobić coś dla siebie, coś, co może nikomu z moich bliskich nie będzie się podobało, ale mi da tyle satysfakcji i radości, że będzie warto! Cała ta sytuacja pokazała mi, jak bardzo nauczyłam się lekceważyć swoje własne potrzeby dla dobra innych, dla tego, by inn byli zadowoleni i nie musieli się dziwić. Pamiętam, kiedy jako dziecko, w wakacje chciałam gdzieś isć, to powstrzymywałam się tylko dlatego, że inni nie chcieli. I przecież byliby niezadowoleni, gdybym ich poprosiła o to by ze mna tam poszli. I dlatego jeszcze bardziej ciesze się z mojej decyzji. Może pozwolę sobie wreszcie rozwinąć skrzydła…

A co do prowadzenia blogu tutaj… Zaczynam powoli przekonywać się do wordpressa! I choć tęsknię czasem za moim starym miejscem, gdzie pisałam, to widzę, że wordpress jest dużo bardziej intuicyjny. Zaczynam swoją przygodę z blogiem od nowa, co motywuje do pisania, odkrywania nowych zakątków tego miejsca. Bardziej ciekawi… na blog.pl wiele juz znałam. A tutaj, mogę poczuć się jak „młoda” blogerka, tak, jakbym zaczynała od początku…

„Jutro ruszę tam, w obcą stronę… Z wiarą, że choć raz uśmiechnie się los. I odzyskam myśli stracone. I jeszcze coś, jeszcze to coś…”

Przeniosłam blog. Blog, któremu w dniu dwudziestym pierwszym grudnia tego roku stukną dwa latka. To będą już trzecie święta z tym blogiem. Kiedy zobaczyłam wiadomość o usunięciu platformy blog.pl, byłam nieco zszokowana tym, że platforma, która miała i ma tylu użytkowników, nagle ma przestać istnieć. Poczułam też po niekąd smutek, z racji tego, iż w mojej głowie przemknęła myśl, że być może będę musiała rozstać się z tym blogiem na zawsze, a wszelkie wpisy i teksty tu zamieszczone, przepadną. Pisałam go przecież prawie dwa lata… I choć nie przynosił zysków, a liczba wejść, jak na taki okres czasu jest bardzo mizerna, (choć może spowodowane jest to tym, iż blog był jakiś czas zahasłowany), to przyzwyczaiłam się do niego. Z drugiej jednak strony , pomyślałam, że przecież nie jest on znaczącym miejscem, a większość treści dotyczy mnie samej, to też czy nie rozsądniej byłoby zamknąć blog równocześnie przy zamykającej się platformie blogowej? Wahałam się…

5928ac61417c98a349b3e1bb

Jednak, jak napisałam, we wpisie „pożegnalnym”, na pierwotnym blogu, pod adresem „Bluesoweopowiesci.uchwycone-chwile.pl „Jednak z uwagi na atmosferę, jaka się tutaj wytworzyła oraz grono wiernych czytelników mojego, jakże mizernego bloga, postanowiłam, że go przeniosę w inne miejsce, tak, by mógł dalej jakoś tam funkcjonować w blogosferze. Postanowiłam, że zostawię go ze względu czysto sentymentalnego, gdyż włożyłam w tworzenie tych tekstów dużo czasu, serca i myśli…”

Pisałam tu. Pisałam tutaj przez prawie dwa lata. Na platformie blog.pl (uchwycone-chwile.pl) mój blog, w dniu przenosin odliczył sobie 184 wpisy, 3 strony, 936 komentarzy i 13 837 wejść. To niewiele jak na bloga, który pragnie się rozwinąć, ale to bardzo wiele dla mnie, bo to aż 936 wpisów i dyskusji, na różne tematy. To pochylenie się 936 razy nad słowem tutaj napisanym. To czas i wysyiłek. Mój i Wasz. Być może nie wszystko to, co tutaj do tej pory napisałam jest prawdą, być może obraz rzeczywistosci jaki miałam i mam w swojej głowie myli się z faktycznym obrazem świata. Nie wiem, wiem, że dzięki temu w jakiś dziwny sposób się zmieniłam i być może rozwinęłam, choć troszkę. Blog ten nie ma zasadniczego tematu, a wiele treści jest jakby sama w sobie całością. Ale może tak musi być. Przestałam sie upierać przy jednej wersji.

Co do samego zamknięcia platformy blog.pl przez onet, który to jest jej właścicielem… Wczoraj, na pewnej stronie przeczytałam, iż onetowi nie opłaca się już zajmować sronką, dla której wyświetlenia spadły w zaskakującym tempie, a użytkówników jest 1/4 co w najlepszych latach prosperowania. Rolę komunikatorów zaś przejęły portale społecznościowe, takie jak Facebook, Twitter czy inne przekaźniki, jak np. Instagram czy Snapchat. Swojego czasu zastanawiałam się, czy aby nie założyć tam konta, jednak ostatecznie zawsze rezygnowałam. I to właśnie dla mnie jest padadoksem. Kto dzisiaj, z Was, blogerów, piszę w sposób czysto blogerski na Facebooku czy Twitterze? Raczej nikt, ewentualnie wrzuca się link do notki opublikowanej na istnejącym już, gdzieś indziej bogu. Facebook czy Twitter są to portale często odtwórcze, a nie twórcze, jak własny blog. Wobec tego, przyczyną, jaką pozostaje się tłumaczyć przed ludźmi zostaje tylko to, że ruch na blog.pl zmalał do tego stopnia, ze jest już nie opłącalny i strony nie opłaca sie utrzymywać, więc trzeba polecić użytkownikom, by się zawijali. Ale jak przeczytałam w artykule „Najlepsi sobie poradzą”. Oznacza to, że czytelnicy najlepszych i największych blogów pójdą za nimi. I to fakt, ale co z blogami takimi jak mój? Który istnieje dla paru osób na tej ziemi? I też jest dla mnie pewną wartością, bardziej sentymantalną niż merytoryczną? O takich onet już nie pomyślał…A nawet jak pomyślał to nie powiedział. Troche przykre. Nie każdy też (ta jak ja) korzysta z tych wszystkich przycisków, Facebook, Twitter, Instagram…

Smutno mi też z innego powodu. Wraz z rozstaniem się z blog.pl utraciłam na zawszę domenę „uchwycone-chwile.pl” a tak fajnie się to układało w adresie z moim blogiem. No i wszystko trzeba zaczynać od początku, ustawienia, parametry… Osobiście nie jestem biegła w systemie wordpress, to też zajęło mi to dobrych parę godzin. Szablonu mojego nie było, to też wybrałam podobny, ale i tu wszystko musiałam ustawiać ręcznie… Dobrze, że przynajmniej treści nie straciłam. I z tego wczoraj, po przeniesieniu swego bloga, bardzo się cieszyłam. Cóż, zaczynam coś nowego, w nowym miejscu, być może z nowymi osobami. Mam nadzieję, że stali czytelnicy znajdą do mnie jakąś drogę… Właściwie to chciałam zostać na blog.pl do stycznia, ale zdałam sobie sprawę, że potem, przez organizację świąt mogę nie mieć czasu na przenosiny bloga. Cóż, tutaj będą trwały jeszcze pewne dociągniecia, zmiany itd.

98390573Zmiany sa w życiu potrzebne i nawet czasem je lubie, ale przyznać musze, że ta była niespodziewana. Hm… zaczynam iść nową drogą, obieram nową ścieżkę i potrzebuję światełka w tym nieznanym mi jeszcze miejscu, gdyż jeszcze bardzo mało o nim wiem i wiele rzeczy jest dla mnie tu wyzwaniem. Jeśli więc zechcecie się podzielić swoimi „nowymi planetami”, gdzie się osiedliliście, będzie mi miło i ułatwi drogę, by Was znaleźć… Zatem zechciejcie mi napisać w komentarzu, gdzie mam szukać.

Być może sama też znajdę autorów ocalałych po tej eksplozji… Wyruszałm na poszukiwania…